Finał (2011)

1.MICHAŁ

 

Wchodząc do pokoju nie mogłem się nie uśmiechnąć. Wszystkie ściany obwieszone były plakatami, flagami i koszulkami naszego klubu, a na jednej z nich wisiał jeszcze ogromny pięćdziesięciocalowy telewizor. Przesuwając wzrok na przeciwległą część pomieszczenia, utrzymywałem ten uśmiech już z najwyższym trudem. Czułem, jak kąciki ust drgając walczą o ujawnienie moich prawdziwych uczuć. Nie mogłem sobie na to pozwolić, bo prawdopodobnie nie powstrzymałbym wówczas łez.

 

– Cześć tato – przywitał mnie mój synek.

– Cześć kochanie – wiedziałem, że nie lubi, gdy się tak do niego zwracam, przy innych, ale Juana, kobieta opiekująca się nim w czasie moich nieobecności nie znała polskiego.

– Tato… – syknął mimo wszystko.

 

Blisko sześćdziesięcioletnia Hiszpanka, kiedyś przyjaciółka mojej teściowej, od kilku lat opiekunka Michała, była praktycznie częścią naszej rodziny. Teraz podniosła się z fotela i jak zwykle poszła odpocząć w swoim pokoju.

 

– Jak się dziś czujesz? – spytałem.

– Ciągle źle. Zauważyłem, że doktor już nie patrzy mi w oczy, jak mówi, że wszystko będzie dobrze. Zresztą Juana też tak robi. Odwraca wzrok. U ciebie tego nie zauważyłem – odpowiedział zaskakując mnie swoją spostrzegawczością.

 

Faktycznie, u mnie nie mógł tego dojrzeć, bo ja wciąż wierzyłem, że poradzi sobie z chorobą. Była to irracjonalna nadzieja. Wbrew wynikom i opiniom specjalistów. Jednak ja wciąż widziałem oczyma wyobraźni, jak za kilka lat jestem na naszym, wypełnionym po brzegi stadionie, zasiadam w loży dla VIP-ów, zarówno jako dawna gwiazda drużyny, jak i ojciec wielkiego talentu, jakim przecież był obdarzony mój chłopiec. Niemal słyszę, jak kilkadziesiąt tysięcy gardeł skanduje „Miguel!”, gdy dochodzi do piłki…

 

– Chcesz coś do picia? – spytałem pospiesznie, udając, że kieruję się w stronę stolika z napojami.

 

Musiałem odwrócić głowę, bo inaczej Michał zobaczyłby w moich oczach to, czego w nich szukał. Przecież wiedziałem, że mój synek już nigdy nie wyjdzie na boisko, pewnie już nigdy nie opuści tego budynku. Umierał i musiałem to zrozumieć. Ja jednak nigdy nie godziłem się z porażką. Zawsze walczyłem do końca. Zarówno na boisku, jak i w życiu.

 

Miał raka mózgu. Nie do usunięcia. Pozostała terapia i wiara w cuda. Nie chciałem stać z boku i przyglądać się nieszczęściu. Na świecie było tak wielu naukowców, którzy pracowali nad znalezieniem lekarstwa. Potrzebowali tylko środków na badania. Założyłem więc fundację, na którą wpływały całkiem spore pieniądze. Głównie dzięki mojej rosnącej popularności.

 

Jak długo było to możliwe, mieszkaliśmy w Salamance, gdzie broniłem bramki miejscowej drużyny. Kiedy okazało się, że choroba postępuje, przeniosłem Michała do najbardziej renomowanej kliniki pod Madrytem. Miał tu najlepszych specjalistów i dobre warunki. Dom, w którym mieszkałem wraz z Michałem i Juaną stał teraz pusty. Praktycznie cały czas siedziałem przy synu. Trener pozwalał mi opuszczać większość treningów, a ostatnio nawet ligowe mecze, bo i tak już zapewniliśmy sobie tytuł mistrzowski. Jednak teraz zbliżało się najważniejsze spotkanie w mojej karierze, w sportowej historii naszego miasta i chyba całej zachodniej Kastylii. Finał rozgrywek o najważniejsze piłkarskie trofeum Europy. Ten mecz też zamierzałem opuścić. Gdybym miał zagrać, musiałbym zostawić syna na kilka dni, których przecież mieliśmy dla siebie już coraz mniej.

 

– Tato, zdecydowałeś już co z finałem? – zapytał jakby czytając w moich myślach.

– Tak synku, obejrzymy go razem. Tutaj. Mamy duży ekran, będzie fajnie – znów się uśmiechnąłem.

– Tato, nie! Nie możesz mi tego zrobić, przegramy bez ciebie. Wiesz o tym.

 

Niestety miał sporo racji. Nasz drugi bramkarz, Chorwat Marić dwa tygodnie temu złamał rękę. Trzeci borykał się z kontuzją już od trzech miesięcy. Czwarty w kolejce, młody, siedemnastoletni Hiszpan miał talent, ale nie miał doświadczenia i ogrania, co pokazał w ostatnich trzech meczach, w których wystąpił. Obok genialnych interwencji, zdarzały mu się proste błędy i z taką grającym bramkarzem, w finale Pucharu Europy musielibyśmy być bezbłędni w obronie, naszej najsłabszej formacji.

 

– Wiesz, że to mój ostatni finał jaki obejrzę? Musisz zagrać, nie możesz mi tego zrobić. Lizbona jest tak blisko. Zaraz po meczu możesz do mnie przyjechać. Przecież to tylko kilka godzin jazdy.

– Pozwól, że to jeszcze przemyślę. A teraz obejrzymy sobie mecz twojej drużyny.

 

Włożyłem do odtwarzacza płytę z ostatnim meczem juniorskiego zespołu Salamanki, w którym jeszcze do niedawna w środku pomocy występował mój chłopiec.

 

– Jak znasz wynik, to lepiej sobie idź – zaśmiał się.

– Nie znam, choć nie wiesz jak musiałem z tego powodu unikać ludzi. Posuń się.

 

Usiadłem na łóżku obok niego i delikatnie przytuliłem. Próbowałem patrzeć na ekran, lecz nie mogłem się skupić. Wolałem chłonąć dźwięk jego słów, tempo ich wypowiadania. Chciałem zapamiętać wszystko jak najdokładniej. Zostało nam przecież tak niewiele, wiedziałem o tym, choć wciąż wierzyłem, że to nieprawda, chciałem byśmy żyli równie długo. I Bóg mnie wysłuchał.

 

2.MARÍA

 

Byłem późnym dzieckiem, rodzice mieli mnie tuż przed czterdziestką. Słyszałem opinię, że takie potomstwo często bywa albo upośledzone, albo genialne. Jeśli to prawda, to ja byłem zdecydowanie tym drugim przypadkiem. Mój talent nie poszedł jednak w kierunku, o jakim marzyli rodzice. Woleli, abym został lekarzem lub prawnikiem. Zawiodłem ich, bo zostałem bramkarzem piłkarskim. Zawodnikiem dyscypliny, o której sądzili, że uprawiają ją ludzie prości. Swoją osobą starałem się zmienić ich opinię. Chyba nigdy mi się to nie udało. Ojciec zmarł tuż po moich dziewiętnastych urodzinach. Wtedy i przez kilka następnych lat grałem w piłkę w niższych ligach. Mogłem wspiąć się wyżej, ale, żeby zadowolić matkę wolałem poświęcić się nauce i skończyć studia na AWF-ie. Dopiero potem trafiłem do ekstraklasy, gdzie zarabiałem pieniądze, których z pewnością zazdrościła mi większość lekarzy i prawników. Jednak, wciąż w głosie matki słyszałem te skrywane westchnienia, gdy rozmawialiśmy o mojej pracy. Po kilku latach gry w Polsce trafiła mi się szansa gry w Hiszpanii, w Salamance. Nie wahałem się ani chwili. Hiszpania zawsze była krajem, w którym chciałem zamieszkać. Dlatego pewnie już w liceum uczyłem się hiszpańskiego. Zresztą nauka języków, to było chyba jedyne moje hobby, które pochwalała matka.

 

W Salamance po rozegraniu kilku meczów zmienił się trener, który zdecydował się posadzić mnie na ławce rezerwowych. Spędziłem na niej dwa lata. Gdyby nie María, pewnie uznałbym ten czas za stracony.

 

Poznałem ją w restauracji, trzydzieści pięć kilometrów od Salamanki. W tak małej miejscowości jak nasza, zawodnik ukochanej drużyny rozpoznawany był wszędzie, dlatego, jeśli chciałem napić się piwa, wolałem uciec gdzieś dalej. Tym razem wyjechałem aż do Ledesmy. W północnej części miasteczka znalazłem ekskluzywną, choć przytulną restaurację – La Muralla de Ledesma. Zamierzałem zamówić butelkę bezalkoholowego Lecha i coś na obiad. Lubiłem smak piwa, lecz poważnie podchodziłem do swojego zawodu i z trzech wypijanych przeze mnie butelek napoju, tylko jedna zawierała alkohol. Menu przyniosła mi śliczna dziewczyna. Kwintesencja wyobrażeń Polaka o Hiszpankach. Miała piękne długie, kruczoczarne włosy, ciemne oczy, śliczną buzię i cudowną figurę. Nie miałem kompleksów i choć nie uważałem siebie za pępek świata, to jednak po dotychczasowych doświadczeniach z dziewczętami zdawałem sobie sprawę, że w ich oczach uchodzę za przystojnego. Było tak jeszcze w czasach, gdy nie zarabiałem wielkich pieniędzy. Tym razem nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa. Zamówiłem lubina a la plancha, choć nie przepadałem za rybami. To była po prostu pierwsza pozycja na przypadkowo otwartej stronie. Pierwszy i ostatni raz w życiu zakochałem się. Zakochałem od pierwszego wejrzenia. Jednak nie udało mi się tego dnia wyjść poza standardowe zwroty. Zjadłem posiłek i uciekłem. W następnym tygodniu znów pojechałem do Ledesmy, lecz jej nie spotkałem. W kolejnym już na szczęście znów trafiłem na jej zmianę. Tym razem odważyłem się i zacząłem rozmowę. Początkowo troszkę mnie zbywała, ale dojrzałem w jej oczach błysk zainteresowania. Dała się zaprosić na kolację, sama zaproponowała Las Ventas, sugerując, że jedzenie tam jest lepsze i tańsze, niż w Muralli. Faktycznie tak było. Jednak tego wieczoru byle hamburger miałby dla mnie królewski smak. Wszystko było doskonałe, a szczególnie pocałunek na końcu, gdy odwiozłem ją do domu.

 

– Mam jeszcze jedno pytanie – powiedziała, gdy już oderwałem się od jej cudownych, miękkich warg. – Kiedy wreszcie zagrasz?

 

Zaskoczyła mnie. Nie dała po sobie poznać, że wiedziała kim jestem. Cóż… Byliśmy w Hiszpanii, kraju kochającym futbol, a do tego jej ojciec był naszym wielkim kibicem.

 

– Nie wiem, ale mam nadzieję, że będziesz się chciała jeszcze spotkać z rezerwowym – odparłem z nadzieją.

 

Chciała. Pobraliśmy się błyskawicznie. Od pierwszego pocałunku pod jej domem, do tego usankcjonowanego przez prawo i religię minęły ledwie trzy miesiące. Oboje wiedzieliśmy, że nasz związek będzie cudowny. Przez całe nasze małżeństwo tak właśnie było. Przy niej odżyłem, zacząłem bardziej przykładać się do pracy. A ona była moim najwierniejszym kibicem, szczerym przyjacielem i zmysłową kochanką. W niej znalazłem wszystko, czego mężczyzna potrzebuje od kobiety. To była miłość o jakiej śniłem i szczęście, którego wielu ludzi nigdy nie miało szansy zaznać. Szkoda, że na tym świecie nic nie może trwać wiecznie.

 

Po ślubie postanowiliśmy od razu postarać się o dziecko. Przez rok nic nam nie wychodziło. Okazało się, że to z mojego powodu. Miałem za kiepskie nasienie i po kilku konsultacjach okazało się, że jedyną szansą dla nas jest zapłodnienie in-vitro. María śmiała się, że to przez mój siedzący tryb życia. Faktycznie ławka rezerwowych już mnie zmęczyła, toteż, gdy dostałem propozycję gry w Wiedniu, przyjąłem ją bez wahania. Wypożyczono mnie na rok.

 

W jedynym mieście, prócz Salamanki, w którym chciałbym mieszkać, spełniło się nasze marzenie. W pobliżu Alsserstrasse, znaleźliśmy klinikę w której udało się nam zajść w ciążę i to już przy pierwszej próbie. Może María miała rację, za dużo siedziałem zamiast grać… W Wiedniu to się zmieniło. Szybko stałem się pierwszoplanową postacią zespołu i po roku, ku uciesze mojej żony musieliśmy znów się pakować i wracać do Salamanki. Mimo wszystko z żalem opuszczaliśmy Austrię.

 

Wkrótce urodził nam się syn, Michał, nazywany przez wszystkich prócz mnie Miguelem. Boże, jaki ja byłem wówczas szczęśliwy!

 

W pracy zaś już od początku sezonu znalazłem się w bramce. Z każdym kolejnym meczem spisywałem się coraz lepiej. W ciągu dwóch lat, przy moim ogromnym udziale, znaleźliśmy się w najwyższej klasie rozgrywek.

 

Przez kolejnych siedem lat żyłem w raju. Moja rodzina była cudowna, praca przynosiła ogromne pieniądze i satysfakcję. Omijały nas problemy i troski. Dom był zaś miejscem, do którego wracałem zawsze w największą przyjemnością. Moja praca wymagała częstych wyjazdów i kilkudniowych nawet zgrupowań. Może dlatego nigdy się sobą nie znudziliśmy, a każdą chwilę spędzaliśmy najpełniej, jak się dało.

 

María zginęła, kiedy Michał miał osiem lat. To był wypadek samochodowy. Pech. Niczyja wina. Chyba tylko psa, który wyskoczył na jezdnię. Moja ukochana żona uderzyła w ścianę budynku. Zmarła zanim przyjechała karetka. Michał był w domu pod opieką Juany. Ja miałem wówczas trening. Nie mieliśmy nawet szansy, by się z nią pożegnać. Nasze ostatnie słowa dotyczyły zakupu nowej lodówki. María miała pojechać do miasta i rozejrzeć po sklepach. Boże, nawet teraz, gdy wiem, że za chwilę poczuję potworny ból, nie sądzę, by mógł on choćby trochę przyćmić ten, który dręczy mnie od jej śmierci.

 

Na szczęście miałem dziecko, które również wymagało miłości. Ogromnej miłości, bo musiałem je kochać za dwoje. Miałem wrażenie, że świat się skończył. Gdybym nie miał Michała, pewnie nie umiałbym dalej żyć. María była dla mnie wszystkim, uosobieniem ideału, osobą bez której nie miałem chęci, by wstać rano z łóżka. Kochałem ją ponad życie. Tak jak mojego chłopca…

 

Kiedy wróciłem do gry po kilku tygodniach przerwy, okazało się, że w klubie pojawił się sponsor, który postanowił zrobić z nas drużynę europejskiego formatu. Mimo, iż zakupiono kilkunastu nowych zawodników, moja pozycja była niezagrożona. Z każdym kolejnym rokiem stawałem się coraz lepszy i poza okresem po śmierci Maríi, nie miałem żadnych przerw w grze. Zostałem nawet powołany do reprezentacji Polski, ale przez wzgląd na Michała odmówiłem. Poświęcałem piłce i tak zbyt wiele czasu. Chciałem być jak najczęściej z dzieckiem.

 

W ubiegłym sezonie z zespołem zdobyliśmy wicemistrzostwo kraju, co pozwoliło nam wystąpić w Lidze Mistrzów. Doszliśmy w tych rozgrywkach aż do finału, w którym byliśmy zdecydowanym faworytem.

 

Michał zachorował dziewięć miesięcy temu. O dziwo zamiast załamać się, odkryłem w sobie nowe pokłady energii. W przeciwieństwie do nagłej śmierci Maríi, tu mogłem jeszcze coś zdziałać, przynajmniej tak mi się wydawało. Założyłem fundację, ona stała się dla mnie kolejnym motorem napędowym. I mimo, iż z czasem uświadomiłem sobie, że moja praca w niej nie uratuje mojego dziecka, chciałem pomóc innym, którzy dzięki zebranym przeze mnie funduszom mieli jeszcze szansę.

 

Dlatego, gdy zadzwonił telefon, a w trakcie rozmowy powiedziano mi, że jest ofiarodawca, który chce wyłożyć na fundację ośmiocyfrową kwotę, zgodziłem się od razu. I nawet teraz tego nie żałuję.

 

3. HANS

 

Spotkaliśmy się w restauracji hotelu Don Gregorio. Mężczyzna przedstawił się jako Hans Zimmerman. Nawet przez chwilę nie wierzyłem, że to jego prawdziwe nazwisko. Rozmawialiśmy po niemiecku, a jego akcent sugerował, że pochodził z któregoś ze słowiańskich krajów bałkańskich. Stawiałem na Chorwację.

 

Zanim przeszedł do rzeczy, w trakcie oczekiwania na posiłek, uraczył mnie długim wywodem, świadczącym o znajomości futbolu. Usłyszałem też kilka komplementów pod swoim adresem. Potem zjedliśmy coś, co nie chciało mi przejść przez gardło. Oczywiście jedzenie podawali tam wyśmienite, tylko, że już miałem pewność, czego będzie dotyczyć dalsza część rozmowy. Może tylko ciekaw byłem szczegółów.

 

Po posiłku zaproponował, bym udał się z nim do pokoju, tam mieliśmy porozmawiać o darowiźnie. Wynajmował apartament za czterysta pięćdziesiąt euro za noc. Usiedliśmy w kąciku wypoczynkowym, a Hans zaproponował drinka. Odmówiłem.

 

– Jak już wspomniałem przy okazji naszej rozmowy telefonicznej, proponujemy wpłatę na rzecz pańskiej fundacji w wysokości dziesięciu milionów euro. Myślę, że taka kwota uratuje wiele istnień ludzkich. Chyba się pan ze mną zgodzi, przyjacielu?

– Jeśli dostajesz coś za darmo, zawsze dociekaj, ile cię to będzie kosztować. Więc ile? – zapytałem wprost.

– Musicie przegrać w finale. Nie interesuje mnie jak to się stanie. Czy rywal będzie po prostu lepszy, a pan będzie grał na miarę swoich możliwości. Może pan nie wyjść na boisko i liczyć, że ten młody chłopak, który stanie między słupkami nie zagra meczu życia, tylko zaprezentuje się jak w lidze. Może pan też zagrać i kontrolować wynik, nie przykładając się w razie czego do jakiegoś strzału. Jeśli zrobić to umiejętnie, to nikt nie będzie miał pretensji. Przecież każdy wie, przyjacielu, jaki straszny problem pana dręczy. Jak już wspomniałem, nie interesują mnie szczegóły. Ja chcę zobaczyć po dziewięćdziesięciu minutach gry waszą porażkę. To wszystko.

 

Mimo, iż już wcześniej zdecydowałem, że nie wyjdę na boisko, postanowiłem rozważyć wszystkie warianty.

 

– A skąd mam wiedzieć, że nie jest pan na przykład dziennikarzem i nie jestem podpuszczany? – zadałem pytanie.

 

Wstał z fotela, podszedł do biurka na którym leżał laptop. Przyniósł mi go i wręczył.

 

– Proszę wejść na konto fundacji. Jeśli wyrazi pan zgodę, dam znać moim przyjaciołom, a oni zaczną dokonywać wpłat. Nie będzie to jedna kwota, tylko kilkanaście mniejszych. O tutaj – wyciągnął z kieszeni kartkę – jest lista przelewów, jakie powinien za chwilę pan zobaczyć, przyjacielu.

 

Wziąłem od niego spis i wpatrywałem się w liczby. Nie mogłem pogardzić taką okazją. Wiedziałem, że jednym słowem faktycznie mogłem uratować wiele istnień. Nie mogłem odmówić, nie chciałem. Nie wiem, czy matka byłaby ze mnie dumna w tej chwili, ale wreszcie dzięki piłce mogłem zrobić coś pożytecznego. Zgodziłem się.

 

Hans wykonał szybki telefon i już po chwili na koncie rzeczywiście zaczęły pojawiać się wpłaty zgodne z trzymaną przeze mnie listą.

 

– Oczywiście rozumie pan, przyjacielu, że umowa między nami została zawarta i nie można jej w żaden sposób zerwać? Nie jestem tu po to, by straszyć, ale sugeruję wypełnić nasz kontrakt. W przypadku waszego zwycięstwa w finale zbyt wielu ważnych ludzi straciłoby fortuny. Pewnie by je odzyskali w ten, czy inny sposób, jednak przypuszczam, że zażądaliby pańskiej głowy. Dosłownie.

– Rozumiem – odparłem.

Wylogowałem się z banku, zamknąłem laptopa i oddałem go właścicielowi.

– Mamy umowę – zakończyłem spotkanie, podając rękę Hansowi.

 

Z apartamentu wychodziłem z przekonaniem, że postąpiłem słusznie.

 

4. MICHAŁ

 

Lekarz pozbawił mnie ostatniej nadziei. Mojemu chłopcu zostało już tylko kilka dni. Ponoć wszystko już teraz zależało tylko od niego. Jeśli podda się chorobie, może to nastąpić szybciej, jeśli będzie walczył, mógł żyć jeszcze przez tydzień, może odrobinę dłużej.

 

Do meczu pozostało też tylko siedem dni. Mój zespół wyjechał już na zgrupowanie, a ja miałem dać dziś ostateczną odpowiedź trenerowi, czy może na mnie liczyć.

 

– I co, tato? – zapytał słabym głosem. – Zagrasz?

– Nie synku, zostanę przy tobie. – Wydawało mi się, że właśnie podjąłem decyzję. Dość ryzykowną zresztą zważywszy zawartą niedawno umowę.

 

Kiedy wchodziłem, Juana zwykle udawała się na odpoczynek. Tym razem najpierw podeszła do mnie i poprosiła o chwilę rozmowy w cztery oczy.

 

Zapytała o to, co powiedział lekarz. Zreferowałem jej moją wizytę.

 

– Muszę ci powiedzieć, że Miguel żyje już chyba tylko dlatego, że chce zobaczyć, jak jego ojciec gra w tym głupim meczu. – Zanim dotarło do mnie, co mi chciała tym zdaniem przekazać, pomyślałem, że bardzo przypominała mi matkę. Po chwili jednak zrozumiałem.

– Juana, nie mogę go teraz opuścić, muszę być z nim do końca, zrozum to.

– Musisz dla siebie, czy dla niego? Bo jeśli dla niego, to masz złe pojęcie o jego potrzebach. On umiera. Wie o tym doskonale. Ale przed śmiercią chce jeszcze coś przeżyć. Lizbona nie jest tak daleko. Po meczu możesz szybko tu wrócić. – Ten argument słyszałem już do Michała.

– Tak, ale teraz musiałbym wyjechać na zgrupowanie. Ja… ja go potrzebuję, zostało nam tak niewiele czasu, nie chciałbym go zmarnować. Ani sekundy. – Nie dałem rady powstrzymać łez.

 

Juana przytuliła mnie. Pierwszy raz od początku choroby Michała pofolgowałem uczuciom. Płakałem kilka minut. W końcu pozbierałem się.

 

– Myślisz, że powinienem jechać? Że on by tego właśnie chciał?

– Zapytaj go jeszcze. I wytrzyj te łzy. Nie powinien ich widzieć.

 

Juana poszła, a ja jeszcze przez kilka minut stałem bez ruchu, przed salą w której leżał mój chłopiec. Być może Juana miała rację, że to ja potrzebuję jego bliskości. A ja przecież nie byłem tu najważniejszy. Wchodziłem do pomieszczenia z nadzieją, że Juana się myliła.

 

– Synku, wiesz, że jeśli miałbym zagrać, to jutro musiałbym się stawić na zgrupowanie. Nie byłoby mnie bardzo długo…

– Mamy przecież Internet. Możemy widzieć się, jak nie będziesz miał treningu. Mógłbyś mi opowiadać, co się dzieje w drużynie. Jaką szykujecie taktykę. Chyba mi zdradzisz? Nic nikomu nie powiem…

 

Jak miałem mu wytłumaczyć, że przez ekran monitora nie będę mógł go przytulić?

 

– A słyszałeś, że nie będą mieli ataku? – zapytał. – Obaj napastnicy złapali jakieś urazy, ale na pewno nie wyleczą się do finału. A przecież za kartki już i tak stracili środkowego pomocnika. Jesteście faworytami, trudno wam będzie nie wygrać. Podobno u bukmacherów ich notowania spadły strasznie. Czytałem, że jak zdecydujesz się zagrać, to polecą jeszcze bardziej. – W jego słowach było tak wiele zapału…

 

Zleceniodawcy Hansa rzeczywiście mieli się więc obłowić. Ciekaw byłem, czy te kontuzje to też jego dzieło.

 

– Synku, chcesz, żebym jechał?

– Bardzo…

– Ale wiesz, że to tylko sport i wcale nie musimy wygrać, nawet ze mną w składzie? – Może nawet łatwiej byłoby beze mnie.

– Wiem, ale chcę zobaczyć, jak mój tata gra w tym finale. Odkąd zacząłem trenować, to marzyłem, że to ja zagram w takim meczu.

– Ja też… – odparłem drżącym głosem. To nie tak powinno być, to dzieci powinny realizować niespełnione marzenia rodziców, a nie odwrotnie.

– Zagrasz?

– Zagram.

– Kocham cię, tato.

 

Znów z moich oczu popłynęły łzy. Coś ściskało mnie w krtani. Nawet nie potrafiłem odpowiedzieć „ja też, synku”.

 

5. MECZ

 

W chwili, kiedy pojawiłem się na zgrupowaniu absolutnie wszyscy w ekipie odetchnęli z ulgą. Nawet mój zmiennik, mimo, iż pozbawiłem go w ten sposób szansy na występ.

 

Trenowałem uczciwie i z pełnym zaangażowaniem, mimo, iż miałem stać na straży porażki. Chciałem w ten sposób nie myśleć o tym, że sześćset kilometrów stąd mój syn powoli umierał, a mnie przy nim nie było.

 

Oczywiście kontaktowaliśmy się przy każdej okazji, kiedy byłem wolny, a on nie odpoczywał. Nawet przez ekran monitora widać było, że z każdym dniem słabł w zastraszającym tempie. W dniu meczu było z nim już bardzo źle. Ale trzymał się dzielnie. Miał swój cel, ostatni cel w życiu i zdążał do niego coraz mniejszymi kroczkami i coraz płytszym oddechem.

 

Zadzwoniłem do niego jeszcze przed wyjściem z szatni. Życzył mi powodzenia. Juana zaś poinformowała mnie, że tego wieczoru nie był sam. Przyjechał do niego dziadek. Ojciec Maríi bardzo przeżył śmierć córki, a kiedy dowiedział się, że jego wnuk zapadł na raka, uznał mnie za źródło wszelkiego nieszczęścia. Przestał przyjeżdżać na nasze mecze, mimo, że wcześniej nie opuszczał żadnego. Nie widziałem go od wielu miesięcy. Unikał mnie, przez co Michała też odwiedzał rzadko i to tylko wówczas, kiedy miałem mecz wyjazdowy.

 

Pewnie dlatego, że w pokoju mojego synka znajdował się największy telewizor w klinice, a wydarzenie było naprawdę wielkie, w jego pokoju znaleźli się także jego lekarz i kilku innych pensjonariuszy.
To, że było przy nim wielu ludzi, a szczególnie dziadek i Juana troszkę koiło mój żal.

 

W szatni przed samym meczem trener podszedł do mnie, złapał dłonią za kark i przyciągnął do siebie.

 

– Teraz powinienem ci powiedzieć, żebyś zapomniał o synu. Ale znasz mnie, nie jestem głupi. Ja chcę, byś myślał o swoim dziecku. Żebyś myślał tylko o nim, że patrzy na ciebie, że wierzy w nas. Graj dla niego, niech będzie z ciebie dumny. Masz okazję dać mu coś więcej niż miłość. A teraz idź, zrób co masz zrobić. Acha, przed szatnią czeka na ciebie jakiś facet z UEFA. Niech ci za bardzo nie zawraca głowy.

– Jasne… – odparłem.

 

Faktycznie, przed szatnią stał jakiś ważniak w garniturze i krawacie. Zdziwiłem się i troszkę zaniepokoiłem.

 

– Przepraszam, nie zamierzam przeszkadzać w koncentracji przed meczem, ale chciałem panu powiedzieć, że europejska unia piłkarska postanowiła przeznaczyć dwa procent dochodu z tego meczu na pańską fundację. To piękne, że zdecydował się pan dziś zagrać. Podziwiam pana, zresztą nie tylko ja. Życzę powodzenia.

 

Podał mi dłoń i odszedł. Przez moment bałem się, że jego wizyta może mieć związek z Hansem. Odetchnąłem z ulgą, po czym uświadomiłem sobie, że mówiliśmy o siedmiocyfrowej kwocie. Gest był naprawdę wyjątkowy. Jednak jak się okazało, nie była to ostatnia rzecz, która mnie zaskoczyła zanim rozbrzmiał pierwszy gwizdek.

 

Kiedy wychodziliśmy na płytę główną tuz przed spotkaniem, obok flagi rozgrywek wniesiono też drugi ogromny transparent. Zerknąłem na telebim. Na którym ujrzałem, że było to wielkie zdjęcie mojego synka w koszulce klubowej. Zrobione jeszcze przed chorobą.

 

– Nie mówiliśmy ci, bo mógłbyś się nie zgodzić – powiedział do mnie nasz kapitan, obok którego stałem w szeregu. – Mam nadzieję, że prawi to Miguelowi trochę radości. Wygramy ten mecz dla niego… A UEFA na zdjęcie zgodziła się ponoć bez szemrania – dodał.

 

Na naszym stadionie w Salamance mieściło się blisko dwadzieścia tysięcy widzów. Najczęściej zapełniał się on w całości. Dziś na trybunach w Lizbonie zasiadło przeszło sześćdziesiąt tysięcy. Przed telewizorami w samej tylko Europie około osiemdziesięciu milionów. Tych wszystkich ludzi zamierzałem oszukać. Jednak nie miałem już wyjścia. Najgorsze było to, że cały stadion zaczął nagle skandować „Miguel! Miguel!”. Zawsze o tym marzyłem, mój chłopiec również. A teraz nie chciałem tego słuchać.

 

Sędzia rozpoczął mecz. Już w pierwszej akcji rywale nas zaskoczyli. Strzał z narożnika pola karnego był dość precyzyjny, lecz myślę, że gdybym się nie zawahał, mógłbym go obronić. Stało się, zacząłem wypełniać umowę.

 

Zanim się otrząsnęliśmy z pierwszego, rywal wyprowadził już kolejny cios. Obrona zaspała i nagle stanąłem oko w oko z napastnikiem. Pomyślałem o moim synku. To był błąd. Zadziałałem instynktownie. Lata treningów i gry nauczyły mnie reagować we właściwy sposób w takich sytuacjach. Błyskawicznie ruszyłem do przodu, skróciłem kąt. Lekko rozstawiłem nogi, by w momencie, gdy przeciwnik próbował między nie wcisnąć piłkę, ponownie je zsunąć. Był to bardzo ryzykowny i jednorazowy manewr, gdyż drugi raz nikt by się na coś takiego nie nabrał, ale odbita od mojej nogi piłka zmieniła kierunek i wyszła na rzut rożny. Stadion oszalał, a ja wyobraziłem sobie reakcję Michała. Nie, nie mógł poderwać się z miejsca. Był na to za słaby, ale może jego serce zabiło w tym momencie nieco mocniej, może na tyle, by przeżyć kolejny dzień…

 

Ta interwencja okazała się kluczowa dla dalszego przebiegu spotkania. Moi koledzy, zaskoczeni początkiem, wreszcie poukładali sobie grę i do końca pierwszej połowy praktycznie nie byłem niepokojony. Po jednej z akcji strzeliliśmy nawet gola. Do przerwy remisowaliśmy.

 

Zamiast zejść z zespołem do szatni, stanąłem w korytarzu i zadzwoniłem do Juany.

 

– Jest bardzo słaby, ale chce z tobą rozmawiać – oznajmiła.

– Tato, tą bramkę zawaliłeś.

– Wiem synku, ale później było dobrze?

– Twój popisowy numer… – Wziął kilka oddechów. – Ale już więcej tego nie rób, trener zawsze ci mówił, że jak raz to zrobisz w meczu to i tak o jeden za dużo.

– Mam jeszcze parę innych sztuczek, zresztą widziałeś, co było potem. Chłopcy zaskoczyli.

– Tato…

– Tak kochanie?

– Wygraj to dla mnie. Już nigdy o nic nie będę cię prosił. Wiesz…

– Synku, to tylko sport.

– Proszę… Słyszałeś? Na stadionie wołali moje imię. Czuję jakbym tam był, że to wszystko jest dla mnie. Wygraj, proszę.

– Dobrze.

– Obiecujesz?

– Tak.

 

Druga połowa zaczęła się podobnie jak pierwsza. Wybroniłem trudny strzał, a potem my przejęliśmy inicjatywę. Na dziesięć minut przed końcem strzeliliśmy bramkę. Nasi kibice oszaleli, a rywale rzucili się na nas resztką sił. Po kolejnym dośrodkowaniu, jeden z moich obrońców dotknął piłki ręką w polu karnym. Sędzia to wychwycił. Po chwili stanąłem naprzeciw rywala, który ustawił piłkę jedenaście metrów ode mnie. Czekałem do ostatniej chwili, próbując z jakiegoś drobnego gestu, balansu ciała odczytać kierunek strzału. Gdyby trafił bliżej słupka nie miałbym szans, a tak czubkami palców wybiłem piłkę poza boisko. I już do końca nie popełniłem żadnego błędu. Wygraliśmy.

 

Byłem chyba jedyną osobą kibicującą Salamance, która w tej chwili nie eksplodowała radością. Nawet kierownik drużyny, który podał mi telefon, bym mógł od razu zadzwonić do synka, ucałował mnie w czoło.

 

Wykręciłem numer i przyłożyłem słuchawkę do ucha, drugie zasłaniając przed dochodzącą ze wszystkich stron wrzawą.

 

Ktoś odebrał telefon, ale zanim usłyszałem w słuchawce głos Juany kilkakrotnie wołałem „alo”.

 

– On nie żyje. Nie dotrwał nawet do końca meczu. Po tym karnym powiedział, że teraz już wie, że wygracie. I po prostu odpuścił. Umarł może dwie minuty później. Ale był szczęśliwy. Żałuję, że nie było cię tu, ale… – siorpnęła nosem – to najlepsze, co mogłeś dla niego zrobić.

 

Nie mogłem tego słuchać. Rozłączyłem się i zwymiotowałem. Mój synek odszedł. Klęczałem, wtulając twarz w murawę. Nasz kapitan podbiegł do mnie, uklęknął obok.

 

– To się stało? Tak?

– Tak – wydusiłem.

 

Poczułem, jak wokół mnie gromadzą się ludzie. Stadion też powoli cichł.

 

– Przykro mi – usłyszałem głos właściciela klubu. – Wiem ile nam poświęciłeś i, że powinieneś być teraz w Hiszpanii, przy Miguelu. Dziękuję ci. W tej chwili czeka na ciebie śmigłowiec, leć do dziecka. Żałuję, że pozwoliłem ci grać…

– Nie – powiedziałem podnosząc się z kolan. – Musiałem zagrać. On tego chciał. Gdzie mam iść?

 

Moje rzeczy były już spakowane, a jakiś człowiek zawiózł mnie na miejsce startu.

 

6. HANS

 

Kiedy już byłem na schodach prowadzących do kliniki zostałem złapany przez dwóch zbirów i zaciągnięty siłą do stojącego na parkingu czarnego Seata Alhambry.

 

– No i nie wywiązałeś się z umowy… – przywitał mnie Hans.

– Przykro mi – odparłem zgodnie z prawdą. – Zrobisz ze mną co uważasz za stosowne, ale błagam cię, pozwól mi zobaczyć syna. On nie żyje. Chcę się z nim pożegnać.

 

Zdążyłem tylko zarejestrować pięść Hansa, uzbrojoną w kastet, potem odpłynąłem.

 

Kostki miałem przykute do nóg krzesła, a ręce spięte z tyłu za oparciem. Na stole obok zobaczyłem narzędzia. Nie miałem wątpliwości jakie miały mieć zastosowanie.

 

Hans stał i patrzył na mnie spokojnym wzrokiem. W ręku trzymał młotek.

 

– Na filmach zwykle mówi się, że to, co za chwilę zrobię to nic osobistego. Dla mnie to jednak jest moja osobista sprawa. Nie jestem pewien, czy sam przeżyję zamieszanie jakie spowodowałeś. Będę musiał się zaszyć gdzieś w Ameryce Południowej. Ale – nachylił się nade mną i ściszył głos – pociesz się, że ci chłopcy, którzy pomogli mi cię tu dostarczyć umrą zaraz po tobie. Tyle, że ich śmierć będzie szybka. Po co to zrobiłeś? – zapytał znów głośno. – Mogłeś puścić tego karnego.

– Nie mogłem. Obiecałem synowi – odparłem.

– Przecież on i tak nie żyje. Cholera, źle do tego podszedłem, trzeba mi było pozbyć się szczeniaka – powiedział do siebie. – Cóż, nie zmienia to faktu, że bardzo mi podpadłeś.

 

Zamknąłem oczy. Byłem niepraktykującym katolikiem, ale wierzyłem w Boga. Pierwszy raz od śmierci Maríi zwróciłem się do niego.

 

Poczułem ból. Był potworny. Nie wiem, czy krzyczałem, pewnie tak, ale to już nie miało znaczenia. Zrozumiałem bowiem, że to moja kara za grzechy, mój czyściec i jak już odejdę, to znów będę mógł zanurzyć dłoń w czarnych włosach Maríi, a z Michałem pójdę na boisko zagrać w piłkę i nic nas już nie rozdzieli.